Wiosny by się chciało
Zima jeszcze
Zima jeszcze. Wedle kalendarza przynajmniej, gdyż zima tak
jakoś w tym roku nieśmiało była. Niby była, aniby trochę nie. To się pojawiała,
to znów znikała. Nie srożyła się prawie. Nie bardzo, niewiele, ot od czasu do
czasu, niemalżesz od niechcenia, leniwie. Śnieg owszem bywał. Chwilami nawet
sporo. Po ostatnim ośnieżeniu tu i ówdzie nadal brudne łaty poodgarnieniowe
zalegają. Ale coraz mniej, coraz słabiej. Z dnia na dzień te zalegliny
odsłaniają swą skrywaną dotąd zawartość: piasek, drobne kamienie, śmieci
najprzeróżniejszego autoramentu, wreszcie te najmniej przyjemne - psie... no
wiecie co psie. Dobrze przechowane w mrozie teraz rozmiękają w topniejącym
śniegu. Widać i czuć z daleka.
![]() |
| Wiosenna tęsknota |
Zima już w odwrocie. Zimy już coraz mniej. Tak jakoś na
sercu robi się inaczej. Lżej. Wiosny się zachciewa. Takiej pełną gębą. Ciepłej,
zielonej, rozśpiewanej. Ech, wiosna, wiosna, wiosna...
Kwiat
2012-04-25
Poznań
Poznań
napisać tak
by niczym się od prawdziwego
i woń aby spośród
zamkniętej księgi kart
budził zdziwienie
by pachniał
najprawdziwiej jakoby na łące
a przecież go nie ma
a przecież tylko słowa
opisują ów kwiat
gdy już tak zdołam
gdy napisać będę tak mógł
wtedy nazwiesz mnie prawdziwie
poetą kwiatów
nie będę się też wzbraniał jeśli
będziesz o mnie rozpowiadać
żem jest poezji kwiatem
Adam Gabriel
Grzelązka
Wieczora włóczęga
Wczoraj wieczorem, porą jeszcze nie nocną, a już nie
dzienną, kiedy nie mrok jeszcze, a blask dnia wspomnieniem już jeno, na spacer,
do parku, tam gdzie zawsze. Nadchodzący niemrawo mrok coraz wyraziściej
rozświetlały latarnie. Nastrojowo. Pięknie. Lirycznie. Nie dla widoków tam ja jednak.
Tuż obok, niedaleko, o krok, góra dwa, jest kościół pod
patronatem św. Jana Vianeya. Do parku poszedłem na niedługi spacer w
oczekiwaniu na spowiedź. No i aby się do niej przygotować. A ponieważ było
jeszcze za wcześnie, w oczekiwaniu na przyzywające dzwony, spacerowałem badając
stan swej duszy i rozmawiając z Bogiem. Mało ludzi, nastrojowo – można się i
wyciszyć i zastanowić nad sobą i z Bogiem podialogować.
Lubię na spowiedź chodzić do tego cichego, spokojnego kościółka.
Cicho tu i kameralnie. A spowiedź jeszcze przed mszą, więc nic nie rozprasza i
można z pokorą nachylić się przed Bogiem, o łaski prosić. I ciszą sycić. I
obecnością Jego. Nim jednak dzwony zaprosiły do wnętrza na spotkanie z
kochającym Bogiem, tu spacer.
Niejako mimochodem, niezamierzenie, oko moje rejestrowało
wszystko to, co w półmroku ciemniejącego wieczoru dało się jeszcze dostrzec. A
że dawno jakoś nie było okazji, nie było czasu, ochoty nie było – wiec teraz
syciłem nie tylko ciekawość ale i poiłem łaknienie spaceru w sobie.
Z zamyślenia, z rozmowy, z zafascynowania tym co wokół
wyrwał mnie dzwon. Czas. Trzeba iść nim msza. Żeby na spokojnie. Od soboty jadę
na rekolekcje, więc pora oczyścić sumienie i przygotować się do czekającej mnie
kilkudniowej służby.
Miłosne graffiti
nieznaną ręką
zmalowane na murze
rozdziela
słowa nienawiści
rasizmu
i zwyczajną głupotę
szpetota uliczna
blednie niekiedy
przyćmiona prawdziwym arcydziełem
ulicznego graffiti artysty
nieistotne treści
na murach nabazgrane
niekiedy przesłania
miłosne przesłanie
są bohomazy są i łobuzy
szpecą nam ulice i mury
czasem i bywa prawdziwy artysta
co na murze duszę swą wyrazić pragnie
miłosne pozostawiając przesłanie
Adam Gabriel
Grzelązka
Dziś o poranku
Ech, wiosna. Jeszcze trochę, ale już niedługo. Gdy dziś rano
zszedłem na dół, na przystanek obok owego parku, w którym mnie wczoraj się
spacerowało podczas intymnej z Bogiem rozmowy, za wiosną to w lewo, to w prawo
mi się głowa kręciła, a oczy me szukały jakiejś nadziei, ze może niedługo, że
może wcześniej. Zszedłem, bowiem na przystanek u mnie się schodzi właśnie nieco
w dół. Ze wzgórza. Odczuwa się to szczególnie wyraźnie, gdy wraca się z
przystanku owego, albo rowerem z parku do domu. Niby nic, ale na tych kilku
dziesiątkach metrów teren wznosi się znacząco. Zasapać się można, gdy pośpiech
człowieka pogania.
Ale nie o topografii, a o wiośnie i tęsknocie za nią być
miało. Zaszedłem zatem na ów przystanek, na tramwaj czekam I patrzę. Stoję i
patrzę. Czekam i patrzę. Wiosny szukam. Śladów jej wypatruję. Przede mną
bezlistny park. W strumieniu kaczki. Już nie tyle, co kiedyś. Nie tyle, co
jeszcze niedawno, że jedna na drugiej. Nie tyle, gdy śnieg. Twarz owiewa mi wiatr.
Ni ciepły, ni zimny. To ciepły, to zimny. I ciepły i zimny zarazem. Pomieszany
jakiś taki. I gdyby nie ten wiatr, słońce łasiłoby się przymilnie do twarzy. A
tak, co się przymili, to zimny podmuch liźnie po poliku i wszystko przepada.
Całe ciepło słonecznego poranka.
Park Sołacki
2011-04-04
Poznań
Poznań
noc lampami zakwitła
gwiazdy ktoś
przezornie kołdrą chmur nakrył
wokół toczy się melodia
zakochanych serc
tak bywa tylko na wiosnę
kiedy w sercu budzi się czas
i pragnie być zakochanym
a niebo
niebo dzisiaj smutne
płakało za dnia
łzy schną jeszcze na ławkach
na których już nie siedzi nikt
a ja idę
a ja tęsknię
stopy obmywam
nieba łzami
nadzieją się pożywiam
w nadziei trwam
z nadzieją na te aleje nocą przybywam
z nadzieją którą szumią młode liście drzew
że ktoś tam w domu
nadal kocha
kocha pomimo
kocha też i mnie
Adam Gabriel
Grzelązka
Gdzie tej wiosny ślad?
Przystanek. Park za plecami. Tramwaju jeszcze nie widać.
Więc oczami szperam po parku. Nie widać jakoś. No nie widać. Więc raz jeszcze
taksuję. I jeszcze i raz po raz i znów. Bura trawa jakoś jeszcze. Ciut jakby
zielono tu i ówdzie, ale niewiele, ale niemrawo, więcej, a raczej na odwrót –
mniej niźli rachitycznie. Szkoda. Jest tramwaj. Wsiadam, jadę. Za oknem
niespodzianka. Aleja, przy której biegną tory, rozdziela szerokim pasem obie
swe nitki jezdni spacerniakiem wysadzanym kasztanami. Pod nimi zaś zielono.
Nie, żeby już całkowicie, wszechobecnie.
Cieplejsze sobie
znalazłszy miejsce
na innej spoczywam ławce
w innym parku
wystawiam się łapczywie promienie
łaknę jego blasku
łaknę ciepła wiosennego
a ku Bogu wyciągam dłonie
w nieśmiałym geście
zaradź mej biedzie i ratuj
kochaj och kochaj goręcej
nie ustawaj nie przejmuj się
mymi unikami
obsyp miłością
jak jabłoń wiosennym kwieciem
dość tej zimy w sercu
dość cierpienia jakie w gardle
rozpaczą staje
kochaj mnie Boże
ja Ciebie proszę
utul w ramionach
otocz ramieniem
i naucz
naucz jak
wytłumacz dlaczego
daj siłę której nie mam
nową rozlej nadzieję
że nie wszystko jest jeszcze stracone
że można jeszcze od początku
że można dalej
że da się pomimo
że jednak
że z Twoją pomocą
że w Twoim cieniu
że Ty w sercu
że życie
że miłość
otwieram Ci moje serce
otwieram i na Ciebie czekam
przyjdź kochaj pozostań
Adam Gabriel
Grzelązka
Za to popołudniem…
Za to popołudniu… Ech, gdyby nie ten przenikliwie zimny
wiatr… Za to słońce – palce lizać. Milutko. A do tego błękit nieba upstrzony
bielą chmur. I gdyby nie ów przenikliwie zimny wiatr, to wiosna niemal że na
ręki wyciągniecie, na końcu niemal języka, prawie że już tuż tuż… No, ale
wiatr, zimny i przenikliwy rozwiewał nieco marzenia. Więc tęsknota. Tylko
tęsknota.
Wracając zrobiłem kilka zdjęć tej świeżej zieloności. Dla
upamiętnienia tej chwili tęskności. Jeszcze zimno. Jeszcze zima kalendarzowo.
Jeszcze i deszcz pewnie i może nawet śnieg jaki świeży, a w nocy mniejsze lub
większe przymrozki. Ale już niedługo. Dzień z dnia na dzień dłuży się coraz
wyśmieniciej. Coraz jaśniej, a jaśniej coraz dłużej.
Wystarczyło te parę godzin
słońca, a pomimo zimnego wiatru zazieleniło się tu i ówdzie całkiem znacząco.
Na razie tylko trawa. Drzewa i krzewy jeszcze nic z tego sobie nie robią. Śpią
w najlepsze. Albo czuwają już wypatrując chwili, aby sok rozsadził koniuszki
gałązek i mogły w nich zagościć pąki listne i kwietne.

Komentarze
Prześlij komentarz