Pocałunek bieli

Rzadkie słońca przebłyski

 

Końcówka jesieni typowa dla listopada głównie darzyła nas deszczami. Albo padało. Albo mżyło. Jeśli nie padało i nie mżyło, było przynajmniej zimno i pochmurno. Było ponuro. Wyjątkowo, nieczęsto, dawkowała nam matka natura radosne przebłyski słońca. Jakże rzadkie, piękne to i radosne chwile. Chwile cudowne jesiennego wytchnienia. Wszystko w tych przebłyskach ciepłą i jasności ożywiało się. Ptaki, zazwyczaj ukryte i nierzucające się w oczy, podejmowały ożywione loty i zapełniały ciszę swym trelem. Serce radowało się takim widokiem. Tak było ledwie kilka jeszcze dni temu.




Korzystając wówczas z okazji i chwili wolnego wybrałem się na parogodzinną przechadzkę w nadjeziorną okolicę. Nie, żebym jakoś daleko zaszedł. Nie to zresztą było moim celem. Piękna pogoda sprzyjała fotograficznym łowom. Ciekaw, co można spotkać na trasie spacerowej nad Jezioro Strzeszyńskie o tej porze późnej jesieni, na przedmurzu zimy, spędziłem owe kilka godzin na przechadzce, której owocem jest mała kolekcja ptasich zdjęć oraz garść zdjęć krajobrazowych.

Pocałunek pierwszy

 

Zima nie nadeszła nieoczekiwanie. Od jakiegoś już czasu się zapowiadała. Jej pierwszy szronny pocałunek miał miejsce dawno temu. Któregoś pięknego i słonecznego poranka można było podziwiać skrystalizowane ślady pary wodnej osiadłe w postaci szronu na trawie i zalegającej ja liściach. Po pierwszej zapowiedzi nadeszły następne. Początkowo szron znikał wkrótce po wschodzie słońc. W ostatnich dniach tu i ówdzie zachowywał się z dnia na dzień nieco tylko nadwyrężony przez chłód dnia.

Widok swoją drogą piękny i ulotny. Drobinki lodu mieniące się tam, gdzie osiadły. Drobinki lodu połyskujące w promieniach słońca. Drobinki lodu zmieniające uschłe źdźbła traw w najeżone kolcami zimowe formacje. Szron z czasem znikał. Ale powracał czasem co dziennie, czasem co kilka i rzadziej dni.

Hu hu ha jest wiatr idzie zima zła

 

Wszystko się zmieniło w jeden dzień. Nadszedł potężny wicher. Nie taki na chwilę, ale taki na wiele, wiele godzin. Dzień stał się nieprzyjemny. Noc niebezpieczna. Drzewa zaczęły porzucać obeschłe gałęzie. To i owo przewracało się lub urywało i odlatywało w powiewach wichru.

Chodzenie stało się trudne. Wiatr próbował swych sił. Próbował przewrócić każdego, kto się nie spodziewał jego zdradliwych powiewów. Chodzenie pod wiatr przypominało spowolnienie znane z filmów. Trzeba się było przedzierać przez napierające zwały powietrza. Najmniej przyjemne było wychodzenie zza budynków. Idąc wzdłuż ściany wystarczyło opierać się jedynie porywistym powiewom w twarz, próbującym urwać okrycia głowy raz z nią. Wychylając się poza tę boczną osłonę przychodziło stawić czoła jeszcze jednemu wyzwaniu. Boczny przeciąg nieomal nie zwalał z nóg.

Jednocześnie w tym wszystkim najbardziej fenomenalne były chmury. Pędzące w niesamowitym tempie z jednego krańca na drugi. Ich ruch był tak szybki, że ich ołowiana zasłona rwała się w strzępy. Korzystało z tego słońce. Korzystało pełnymi garściami tworząc nieziemsko piękne przebłyski i widoki.

Z trudem przedarłem się przez zwały rozpędzonego powierza i dotarłem w końcu do domu. Zajęty swoimi sprawami nie zwróciłem uwagi na moment, w którym rozszalała się śnieżyca. W pewnym jednak momencie rzut oka uświadomił mi, że ciemność za oknem nie jest tylko wynikiem pory dnia. Ciemność jest skutkiem odcięcia od ulicznych lamp. Okno zostało oblepione warstwą śniegu. Padało tak intensywnie, że nawiało na parapet całkiem sporą zaspę.

Uchyliłem okno. Biała ulica. Śnieg tańczący w ulicznym nocnym świetle. Biała osłona pokryła wszystko. Biały stał się chodnik. Biały stał się pas asfaltu. Białe stały się zaparkowane po obu stronach samochody. Jeśli się to utrzyma, jeśli nie stopnieje przez noc, jutro będzie pięknie biało.

Zima nadeszła. Oficjalnie oznajmiła swą obecność. Ślady jej pocałunku są niepodważalne i wszechobecne.

No i znowu nic

 

A potem, potem to znów deszcz. Przyszły wiatru porywu takie, że hej. Oj nałamało gałęzi, nałamało wszędzie dokoła. I drzewa poprzewracało. Tu i ówdzie poprzewracało. A nie tylko poprzewracało. Drzewa też połamało. Tu i ówdzie leżały połamane. Tu i ówdzie sterczały kikuty pozostałe po drzewach. Idąc trzeba było uważać, by się w te poobtrącane gałęzie gdzieś nie zaplątać. A i na głowę też, bo co rusz coś potrafiło się jeszcze odłamać, oderwać i spaść. A spaść mogło na głowę i zrobić kuku, jeśli kto nieuważny.

Wiało tak dzień. Wiało tak dzień i drugi. A potem deszcz. Był deszcz. Deszczu było kilka dni. Czasem się przejaśniało. A potem znowu deszcz. A jak nie było deszczu, to szaro było. I ponuro było. I ciemno było. I zimno było. I wiało.

Po zimie, po śniegu śladu żadnego. Za to sezon na grypę rozpoczęty. Zimno, mokro i buro idealne warunki dla choróbska. Katar, kaszel itd. itp. Brr. Będą święta. Ale na śnieg będzie trzeba jeszcze poczekać. Zamiast zimniej tymczasem znów cieplej. I przebłyskami słoneczniej.

Dzień po dniu mijał. Dzień po dniu w niepamięć odchodził. Dzień po dniu teraźniejszość w przeszłość odmieniał. I coraz bliżej Świąt Bożego Narodzenia. I coraz bliżej Nowego Roku. A śnieg już tylko wspomnieniem. I nikt już nie pamięta, ze był taki dzień, że byłą taka piękna chwila, kiedy to biało i pięknie dookoła.

Wiersz wigilijny




taki na gwiazdkę Ci napiszę
pod choinkę w prezencie
od serca o miłości jaka we mnie zakwita
wiersz świąteczny radosny jak radosne są święta
jak czas gdy Bóg się rodzi
by w człowieku zamieszkać
by bliżej być każdego człowieka
by bliżej być Ciebie

i ja rodzę się jakby na nowo
to miłość Twoja zrodziła mnie po raz wtóry
do życia nowego do miłości
co nigdy się nie kończy
co każdego rana od nowa rozkwita
co pachnie niczym jaśmin wiosną
co piękna jest niczym tęcza po długiej burzy
co smakuje jak ożywcza woda ze strumienia
co z gór w dolinę spływa

wiersz wigilijny wiersz o miłości
wiersz na Boże Narodzenie
o tym jak kocham Ciebie
jak miłością obdarzasz mnie
wiersz o szczęściu w tę noc niezwykła
gdy Bóg do ludzi schodzi
gdy w twym sercu się rodzi
czyniąc z Ciebie swoje mieszkanie
czyni Ciebie niebem swoim
w twoje ręce powierza siebie
bo kocha Bóg kocha Ciebie
i ja kocham zakochany jestem w Tobie
ja i Bóg zakochani jesteśmy oboje w tobie
i tak mieszkając w sercu Twym
o Tobie rozmawiamy dzieląc się miłością i chlebem
dzieląc się radością jaką dajesz nam sobą

wiersz wigilijny wiersz pod choinkę
prezent ode mnie prezent od Boga
kochamy Cię oboje ‑ bardzo

Adam Gabriel Grzelązka

A teraz? Teraz cóż. Święta znów bez śniegu. Co począć. Takie zimy tej losy nie zimowe. Ale święta świętami. W końcu nie byle jaka okazja. Jezus Chrystus obchodzi swe urodziny.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Człowiek z sąsiedztwa I – Wywiad z Elą Ordyniec cz. I